Przychodzi PR do blogera

Dzień dobry! To jest nasz pierwszy wpis na naszym nowym blogu w Natemat. Jak dobre wychowanie nakazuje, rozpoczynamy od przywitania. Wypadałoby również krótko się przedstawić.

Mamy na imię Michał i Łukasz, prowadzimy bloga jedzeniadorzeczy.pl. Blog nasz nie jest typowym blogiem z przepisami, interesuje nas również otoczka kulturowa kulinariów i wszelkie aspekty z nią związane (historia, podróże, zwyczaje, design i tak dalej, i tak dalej). Mówimy o sobie per „kulinarze". Któż to taki, ten kulinarz? Zacząć należy od tego, że blogosfera kulinarna jest bardzo sfeminizowana. Takich jak my, facetów prowadzących blogi, jest jak na lekarstwo. Jeśli gdzieś jest mowa o blogsferze kulinarnej, mówi się o blogerkach, a blogerów jakby nie było. Oto jesteśmy! Jako że blogerki kulinarne lubią używać w stosunku do siebie określenia „kulinarki" (przez analogię do modowych „szafiarek"), my przekornie postanowiliśmy zwać się kulinarzami.

W obecnej formie istniejemy od roku, bardzo to intensywny rok był, ale chcemy żeby bieżący był jeszcze bardziej intensywny. Jeśli wejdziecie na naszego bloga, zapewne zobaczycie rysunek przedstawiający sowę, która w dymku mówi: Ad free blog, co oznacza że nasz blog jest wolny od reklam, a więc jest blogiem non profit. Przy obecnym zalewie marnej jakości sponsoringu na blogach kulinarnych, postanowiliśmy odciąć się od tego nurtu. Na naszym blogu nie znajdziecie reklam. Owszem, zdarza nam się polecić jakieś miejsce bądź produkt, ale czynimy to zawsze z własnej woli i z pełnym przekonaniem. Nie czerpiąc z tego korzyści materialnych. Chcemy być po prostu wiarygodni.



Tutaj, w Natemat, chcemy sobie stworzyć platformę, powiedzmy, bardziej publicystyczną. Będziemy poruszać tematy, które nie do końca pasują do bloga, ale jednak poruszają się wokół tematyki kulinarnej, a jednocześnie na Facebooka mają zbyt dużą objętość.

Tak jak napisaliśmy wyżej - mierzi nas zalew reklam, a czasem wręcz przekupstwo uskuteczniane przez niektórych blogerów (i blogerki). Takich pseudokorupcyjnych propozycji przychodzi całkiem sporo, jeśli blog, którego prowadzisz ma jakąś tam sensowną oglądalność i renomę (swoją drogą regularnie pojawiają się prośby od agencji PRowych o podanie liczby unikalnych użytkowników naszego bloga - figa z makiem, takich informacji sowa nam nie pozwala podawać). W tym miejscu dodać należy, że wielu blogerów i blogerek zupełnie świadomie i bez owijania w bawełnę decyduje się na działalność komercyjną. Podają otwarcie warunki współpracy, a nawet zamieszczają cenniki. Taka sytuacja jest czysta i nic przeciwko temu nie mamy. My działamy inaczej, ale różne można mieć podejścia do swojego bloga. Byle dla czytelników sytuacja była jasna i nikt im nie mydlił oczu, że oto jesteśmy czyści jak łza i bardziej obiektywni od Temidy.
żródło http://juniorbrandmanager.blogspot.com/

A teraz przykład sprzed paru tygodni:

Witam, jesteśmy firmą zajmującą się kuchnią irańską. Chciałbym zapytać w jaki sposób moglibyśmy promować u Państwa nasze produkty? Czy ewentualnie moglibyśmy wysłać pocztą Państwu nasze produkty w celu uzyskania opinii na ich temat?

My zazwyczaj spławiamy delikwentów. Choć bywają tacy, którzy nie dadzą się łatwo spławić. I o tym dzisiaj.

Swego czasu, w styczniu, otrzymaliśmy na naszą blogową skrzynkę pocztową, mejla o następującej treści (pisownia oryginalna):

Zwracam się do Panów z pytaniem, czy nie mieli by Panowie ochoty poddać ocenie restaurację "X". Jesteśmy dość młodą restauracją na wrocławskim rynku bo od maja 2012 roku. Zapraszamy Panów na kolację i prosimy o obiektywną ocenę Naszej pracy. Godzina i data pozostaje do Państwa dyspozycji. Jeżeli są Panowie zainteresowani przeprowadzeniem recenzji naszej kuchni zapraszamy i proszę o kontakt telefoniczny w celu ustalenia szczegółów.

Jako że blogiem recenzenckim nie jesteśmy, ani nigdy być nie zamierzaliśmy, zignorowaliśmy cytowaną wiadomość, która niby nie wyglądała groźnie, ot zapraszamy, chcemy poddać się rzetelnej krytyce, ale coś nam mówiło że nie wygląda to na potrzebę RZETELNEJ recenzji, a na próbe przekupienia blogerów. Dodatkowo zniechęcający wydał się niby drobiazg, ale naszym zdaniem wiele mówiący o piszącym - „Naszej" z wielkiej litery - nie dość że to nie po polsku, to jeszcze świadczyć może o nieprzebranej pysze piszącego.

Trochę się zdziwiliśmy, kiedy ten sam osobnik, prawie dwa miesiące później, pojawił się na naszej stronie facebookowej i znowu zaczął usilnie namawiać „do złego", a brzmiało to tak (pisownia oryginalna):

Jestem managerem restauracji "X", próbowałem się kontaktować z Wami poprzez oficjalną stronę internetową jednak nikt mi nie odpowiedział.

Jezeli mają Panowie ochotę i czas to zapraszam do restauracji "X" przy ul. "Y" na lunch/kolację w celu wypróbowania naszych niepowtarzalnych potraw. Żadnej opinii się nie boimy i czekamy na opinię smakoszy. Kolacja oczywiście na nasz koszt.


Dobrze, skoro żadnych opinii się nie boicie, podejmiemy wyzwanie, ale na naszych warunkach. Postanowiliśmy zjawić się w rzeczonej restauracji, ale zabawić się w inspektorów jedzeniadorzeczy i nie ujawniać się. Dwóch anonimowych testerów, przychodzących z ulicy na zwykły posiłek, oczywiście normalnie płacących za niego. W ten sposób nasza opinia rzeczywiście może być obiektywna i niezafałszowana. Ale na takiej podobno restauracji zależy? Szczególnie że tematem wymienianych mejli, były burgery, jak twierdził menedżer, najlepsze w mieście. A burgery bardzo, ale to bardzo lubimy. I do tej pory niestety dobrych nie zdarzyło nam się jeść we Wrocławiu.

Powędrowaliśmy na te burgery. I było źle. Pomijając czas czekania - około 40 minut - przy prawie pustej restauracji. Okazało się, że bułka ponoć wypiekana na miejscu, jest zakalcem z chrupiącą powierzchnią. A kotlet okazał się przemielony tak, jak nie przymierzając,farsz do pierogów. Czyli bardzo. I to prawdopodobnie dwukrotnie. Biorąc pod uwagę, że kotlet był wykonany z polędwicy wołowej, noże nam się w kieszeniach otworzyły. Błąd ewidentny i zbrodnia na tym wspaniałym mięsie. Smutne. Przecież nawet na tatara, szanujący się kucharz nie przemieli mięsa, ale je pracowicie posieka nożem. Do tego wiadro sosu majonezowo-czosnkowego, który zdominował wszystkie pozostałe smaki. Zdecydowanie nie był to burger z wysokiej półki, na co wskazywałaby jego cena powyżej trzydziestu złotych. No cóż, zjedliśmy, z trudem i poszliśmy na degustację wina do sąsiedniego lokalu, skąd na szczęście wyszliśmy zadowoleni.

A nastepnego dnia wysłaliśmy naszą rzetelną opinię, przytaczając przedstawione powyżej wady spożytej przez nas kanapki. Grzecznie i bez nienawiści. Rzetelna opinia, o którą nas proszono.

Odpowiedź? W sumie taka, jakiej się w duchu spodziewaliśmy. To wszystko kwestia gustu. A nasza bułka jest najlepszą z możliwych. Nie znacie się panowie i tyle. Chciałoby się powiedzieć, jeden lubi Brahmsa, drugi jak mu nogi śmierdzą.

No to po co nasza opinia? Powyżej przytoczona historyjka jest jedynie przykładem. Pewnie każdy bloger, który chce być rzetelny wobec siebie i swoich cztelników, może przytoczyć kilka takich historii. Jaki z niej wniosek dla menedżerów i restauratorów? Jeśli rzeczywiście zależy Wam na rzetelnej opinii, to jej wysłuchajcie i nie zarzucajcie wygłaszającym tę opinię nietypowych gustów lub nieznajomości rzeczy. Wtedy współpraca restaurator-bloger rzeczywiście ma sens. I obie strony mogą z tego wynieść korzyści. W przeciwnym razie robi się śmieszno-straszno i wychodzi na jaw to, że w powszechnej opinii, bloger jest takim stworzeniem, które po dostaniu paru świecidełek zrobi dla Ciebie wszystko, a nawet więcej. Więc nie obrażajcie się drodzy restauratorzy i bądźcie otwarci na czasem krytyczne, ale przychylne opinie!

O opinię na temat relacji na styku PRowcy - blogerzy, poprosiliśmy Ewelinę Majdak, blogerkę i fotografkę kulinarną. Autorkę bloga AROUND THE KITCHEN TABLE.
Oto historyjka, którą nam opisała:

Reklama na blogach (kulinarnych i nie) to temat budzący wiele kontrowersji. Bloger który współpracuje z agencjami PR nazywany jest sprzedajną dziwką, a ten który nie ma reklam na blogu uważany jest za frajera. Jak to wypośrodkować? W sumie można reklamować tyle te produkty, które się lubi i których się używa na co dzień.

Marzę o zmianie aparatu i zakupie dwóch nowych obiektywów, więc ponad rok temu zaczęłam współpracę z różnymi agencjami. A to jogurty, a to stolik, a to galaretki. Punkt zwrotny nastąpił w momencie złożenia mi ciekawej (jak się wydawało) oferty poprowadzenia warsztatów śniadaniowych. Wszystko wyglądało naprawdę wspaniale, wzięłam w pracy wolne na ten dzień i bardzo zapaliłam się na ten pomysł. Przecież warsztaty kulinarne to jest to, co zawsze chciałam robić! Niestety tuż przed spotkaniem z klientem dowiedziałam się, że post reklamowy miał się pojawić również na blogu oraz że "klient wchodząc w dłuższą współpracę z Panią jako niejako ambasadorką marki z pewnością liczyłby na szerszą komunikację, w tym również Pani zaangażowanie na blogu" Ja, osoba która co rusz namawia na jedzenie zdrowych śniadań i pieczenie domowego chleba, osoba która nie kupuje kupnych ciast i ciasteczek, a już na pewno nie zastępuje nimi śniadania, nagle ma na blogu reklamować ciastka śniadaniowe i ma wciskać Czytelnikom, że są pyszne i zastąpią talerz domowej owsianki? Nigdy w życiu. Nie po to piekę chleby do 3-ciej nad ranem żeby na blogu zachwalać coś czego sama w życiu bym nie zjadła. Niestety agencja nie chciała ze mną rozmawiać, gdy powiedziałam że wpis na blogu nie wchodzi w grę.

Jak widać bajki są różne, szkoda tylko że warunki współpracy nie zostały jasno przedstawione na samym początku.

Przykre jest, że blogerów kulinarnych traktuje się jak idiotów.


My jako jedzeniadorzeczy, możemy dodać od siebie, że również nienawidzimy traktowania ludzi (w tym blogerów), jak idiotów. I będziemy z tym walczyć do upadłego. A tutaj pewnie będzie nam się zdarzać piętnować takie przypadki co nie znaczy, że nie będą tutaj się pojawiać tematy lżejsze, drogie Czytelniczki i Czytelnicy!
Trwa ładowanie komentarzy...